Sobota, 5 grudnia
Imieniny: Krystyny, Sabiny
Czytających: 582
Zalogowanych: 0
Niezalogowany
Rejestracja | Zaloguj

Gejzer wirusów – jak ustrzec dzieci

Wiadomości: Świdnica
Poniedziałek, 28 lutego 2011, 18:31
Aktualizacja: Środa, 9 marca 2011, 15:35
Autor: Karolina Osińska
Bakterie
Fot. użyczone
Rozmowa z doktorem Janem Zieńczukiem, ordynatorem Oddziału Fizjologii i Patologii Noworodka z Pododdziałem Intensywnej Terapii Noworodka w Regionalnym Szpitalu Specjalistycznym Latawiec w Świdnicy.

Od stycznia obowiązuje zakaz odwiedzin na oddziale dziecięcym, na innych oddziałach też wprowadzono reżim sanitarny. Wszystko dlatego, że szaleją wirusy – m.in. bardzo niebezpieczne dla dzieci RSV. Z tego też powodu rozmawiamy z ordynatorem oddziału noworodkowego, który leczy tych najmniejszych pacjentów.

* W ostatnich tygodniach bardzo często słyszymy o zachorowaniach dzieci na wirusy RSV. Czy rzeczywiście tych przypadków jest teraz więcej niż kiedyś?

Jan Zieńczuk: - Wirusy zawsze były. Zaryzykuję twierdzenie, że one były za Juliusza Cezara w takiej samej ilości, jak w tej chwili. Tylko że tak się złożyło, że prace naukowe nad adenowirusami, nad grypą, która w pięćdziesiątym chyba czwartym roku uśmierciła cztery miliony ludzi, te prace nad wirusami były robione na zwierzętach. Wirusa RSV odkryto u szympansa, który miał katar. I od tamtej pory datuje się znajomość tego wirusa. Natomiast diagnostyka laboratoryjna to są bardzo ostatnie lata. Szpital musi mieć piekielnie precyzyjną komputerową aparaturę. Bo to jest bardzo trudne badanie. I takim szpitalem jest właśnie Latawiec. I to jest rzeczywiście niezwykłe, że dosłownie dwadzieścia minut i możemy wiedzieć, czy to rzeczywiście są wirusy RSV.

* Jakie są objawy zakażenia?

- Złe samopoczucie, drażliwość, ospałość i senność, u małych dzieci niechęć do jedzenia. Śpią albo bardzo krótko, płytko i płaczliwe są, szczególnie te dzieci od pół roku do roku, albo są senne. Jeżeli są bardziej senne, to to już jest niepokojący objaw. Oczywiście do tego gorączka potrafi się przyłączyć, najpierw stan podgorączkowy, później wysoka temperatura. Później dołącza się kaszel – to są te etapy. Kaszel suchy, ten kaszel w swojej częstotliwości i w swoich interwałach zaczyna narastać. Nie dość, że intensywność tego kaszlu, tego szczekania, jest co raz bardziej powiedzmy dosadna, to te interwały są wydłużone, okresy kaszlu są coraz dłuższe. I jeżeli to są wirusy RSV, to napady tego kaszlu, szczególnie u mniejszych dzieci są takie, że to dziecko obrazowo mówiąc dusi się. Nie może złapać powietrza. Przy tym płacze, robi się sine. Kaszel jest tak uciążliwy, że jeżeli dziecko jest najedzone, to wymiotuje. Kaszel jest tak męczący przy wirusach RSV, że wręcz wyczerpuje mięśnie kaszlowe czy mięśnie brzuszne, przeponę, mięśnie międzyżebrowe. Jeżeli choroba już trwa kilkadziesiąt godzin, to po tych napadach skurczów, bo co to jest kaszel – to są skurcze tych mięśni, które wcześniej wymieniłem – więc po iluś interwałach te mięśnie bolą. Im mniejsze dziecko, tym objawy są bardziej nasilone i bardziej dramatyczne.

Natomiast, jeśli to jest bardzo małe dziecko, to objawy mogą być takie, że w pewnych momentach rodzice mają wrażenie, że to dziecko im zaraz umrze. Dochodzi do bezdechu, dziecko robi się sine, potrafi się wysztywnić. U niektórych dzieci, u których występuje gorączka i jest podawany paracetamol, nurofen czy ten słynny piramidon kiedyś, to napady kaszlu potrafią wywołać wybroczyny – wkoło oczu, na twarzy są kropeczki, wynaczynienia, jako że te leki wywołują kruchość naczyń krwionośnych. Natomiast jeśli chodzi o noworodki, to infekcja wirusami RSV powoduje takie zmiany w płucach, małych płucach, to są obrazowo jakby mówiąc dwa listki bzu, płaskie do tego, i obrazowo mówiąc tworzy się katar w płucach. To jest katar płuc, tak jak jeśli w nosie jest katar, to nos robi się czerwony, nos obrzęka. I płuca też są obrzęknięte i tam zaczyna brakować miejsca na wejście powietrza. Powietrzna rezerwa płucna przez obrzęk jest zmniejszona. Jeżeli dojdzie do zgonu dziecka, to podczas sekcji widać, że płuca są powiększone, one są obniżone, przepona jest obniżona. Płuca obrzękają. A przestrzenie, przewody, czyli oskrzela, drobniutkie oskrzeliki i zrąb międzypłucny, czyli lepiszcze, gdzie są zawieszone pęcherzyki płucne, one też obrazowo mówiąc obrzękają, one puchną. I wtedy odsuwa się układ krwionośny od pęcherzyków. Bo na styku pęcherzyka, gdzie dochodzi powietrze, istnieją naczynia krwionośne. To jest ten zrąb, taka ścianka która to dzieli, a jednocześnie utrzymuje płuca w jakimś tam kształcie. Natomiast wirusy jak wnikną, to nie wnikają do pęcherzyków, tylko do tej przestrzeni, do tego zrębu. I ten zrąb jak puchnie, to odsuwa pęcherzyki od naczynia krwionośnego czy od naczyń krwionośnych i następuje gorsza wymiana gazowa. Dlatego te dzieci podłączone do monitorów mają gorsze wskazania gazometryczne, mają niższy poziom tlenu, wyższy poziom dwutlenku węgla, dziecko zaczyna bronić się. Mózg wysyła coraz silniejsze impulsy elektryczne do przepony i mięśni oddechowych. I wtedy następuje zadyszka, coraz szybszy oddech. Natomiast, jeśli to nie wystarcza i jeśli choroba dalej się rozwija, a dziecko jest słabe, bo jest to na przykład wcześniak, to dochodzi do zmęczenia mięśni szybkimi oddechami. Gorsze wskazania gazometryczne we krwi całego organizmu powodują, że może dojść do zatrzymania oddychania. Pojawiają się bezdechy, a w krańcowej fazie pojawia się sytuacja tak dużych bezdechów, że dziecko po prostu musi być zaintubowane i musi być prowadzone na respiratorze. Szczególnie dotyczy to wcześniaków i dzieci tuż po porodzie. Jeżeli wcześniak powiedzmy trzydziestodwu-, może trzydziestopięciotygodniowy, który dosyć dobrze funkcjonuje i dostanie wirusa RS na przykład od ludzi odwiedzających, to jest wręcz pewne, że on będzie na respiratorze,on będzie musiał być zaintubowany, on będzie w ciężkim stanie.

Dramat tych wirusów właściwie polega na tym, że leczenie jest żadne. Leczenie jest objawowe. Tutaj nie działają jakieś antybiotyki. To kwestia inhalacji, to kwestia podania pewnych leków, które troszkę zmniejszają ten obrzęk. A w krańcowej fazie to jest maszyna, czyli respirator. Na tym polega ten dramatyzm. Aczkolwiek ludzie wymyślili, uczeni wymyślili taki lek, on się nazywa Synagis. Ten Synagis jest a priori podawany dzieciom z wielkiego ryzyka w okresie sezonowym na wirusy RSV, czyli jesienią, zimą i wiosną. Ale to są dzieci wyselekcjonowane, które muszą spełniać określone kryteria. To są wcześniaki na przykład, poniżej dwudziestego ósmego tygodnia, które zostały wyprowadzone z tego wcześniactwa i to są na przykład dzieci, które mają tak zwaną dysplazję oskrzelowo-płucną. Ten lek to immunoglobulina, przeciwciała.

* Na czym polega leczenie wirusów RSV?

- Tak jak wspomniałem, możemy tylko objawowo to robić, tylko objawowo leczyć. Dlatego tak ważne jest karmienie piersią, bo nawet jeśli kobieta nie ma przeciwciał przeciwko wirusom RSV, to ona ma masę innych przeciwciał w pokarmie, które działają krzyżowo na to dziecko. A jeżeli jeszcze kobieta ma dziecko, nawet donoszone, ale wypalone papierosami, wyniszczone, brakuje mu nieraz kilograma i ma małe poziomy białek, w tym białek odpornościowych – wtedy łatwo dochodzi do dramatycznych objawów choroby płucnej, bo łożysko było wyniszczone papierosami, to to dziecko nie ma w ogóle ciał odpornościowych w sobie. Przy tym jeżeli jeszcze kobieta nie karmi piersią, przy tym jeżeli jeszcze w domu jest na przykład dziesięć osób, prócz do tego jeszcze kwitnie wesołe życie, bo się odwiedzają... No to później to wszystko doktor Leszczyński musi wyprostowywać (doktor Mariusz Leszczyński jest ordynatorem oddziału dziecięcego Latawca – przyp. red.).

* Co jest wskazaniem dla rodziców do interwencji u lekarza? Taki pierwszy sygnał, że z noworodkiem dzieje się coś złego?

- Noworodek kaszlący jest noworodkiem do leczenia. Noworodek, który ma stan podgorączkowy, może być przegrzany po prostu. Natomiast jeśli matka skupia się bardzo na dziecku, to po tygodniu to dziecko potrafi już doskonale znać, ona na wyczucie, ma intuicję i widzi, że coś z dzieckiem jest nie tak. Kobieta ma instynkt. Wskazaniem do wizyty u lekarza jest też noworodek gorączkujący, rozgrzany jak piec, który ma szybką akcję serca. A jeszcze jak kaszle, to znaczy, że on ma najprawdopodobniej zapalenie płuc. A ponieważ takie dziecko nie powinno dostawać leków doustnych, bo to się kończy biegunką, wymiotami, ulewaniem i tak dalej, to one muszą być podane dożylnie. Wirusy RSV u takich małych dzieci powinny być zawsze leczone w szpitalu. Ta podła infekcja ma to do siebie, że dziecko się dusi, krztusi, szybko oddycha, potrafi rzęzić, sinieje, zaślinione jest, wymiotuje. I robi się zdjęcie klatki, a na zdjęciu nie ma prawie nic. Robi się badania ogólne i te badania najczęściej dobre są. Biorąc dokumentację, badania, zdjęcie, poza gazometrią, to można powiedzieć, że to dziecko jest zdrowe. A patrząc no to dziecko widzimy, że ono jest bardzo chore. I tu jest pewna pułapka, gdzie się lekarz może dać złapać. Natomiast posiadanie takiego laboratorium, jakie my mamy w Latawcu, plus te objawy powoduje, że my jesteśmy mocni, mamy oręż.

Miałem tutaj takie dziecko umierające. Przyszedłem do pracy dwadzieścia po siódmej i jest krzyk na izbie przyjęć, że jest dziecko umierające. Polecieliśmy tam, rzeczywiście dziecko praktycznie nie oddychało. Ponieważ myśmy tam byli pierwsi, to ja podjąłem akcję z całym zespołem, skończyło się to intubacją, skończyło się to respiratorem. Jako że takich dzieci my nie leczymy, ponieważ one są zagrożeniem epidemiologicznym, to wykonaliśmy pierwsze zaopatrzenie, które uratowało życie temu dziecku. To dziecko zostało zaintubowane, podłączone do respiratora, karetka N w trybie nagłym przyjechała, bo jest taki specjalny oddział patologii noworodka, który zbiera te infekcje wirusami RSV. I taką zasadę przyjęliśmy, że jeśli dziecko jest do dwudziestego ósmego dnia, to te RSV czy podejrzenia o wirusy RSV są kierowane do Wałbrzycha na ulicę Batorego, to jest oddział patologii, który nie jest przy porodówce, który nie jest przy położnictwie. Tam nie ma dzieci, że tak powiem: czystych. Tam są dzieci wszystkie w zasadzie chore. I jeśli ktoś by miał dziecko chore, to może brać to dziecko, wsiadać w auto i jechać bezpośrednio na ulicę Batorego do Wałbrzycha. I tam nie będzie mu odmówione, tam dziecko zostanie przyjęte. Bo czasem pójście do przychodni to już strata czasu. Drugi taki oddział to oddział w szpitalu imienia Korczaka we Wrocławiu, to jest oddział reanimacyjny, który zajmuje się też takimi infekcjami. Natomiast jeżeli dziecko jest starsze niż dwadzieścia osiem dni, to wtedy przyjmuje nasz oddział dziecięcy.

* Apelują Państwo o to, aby zminimalizować liczbę odwiedzin na oddziale.

- Problem odwiedzin... My w zasadzie moglibyśmy wprowadzić tutaj bariery, całkowicie zakazać odwiedzin. Ale ten kontakt okołoporodowy jest tak wielką potrzebą, to jest takie humanitarne i na fali „Rodzić po ludzku”. My jesteśmy trochę bezsilni. Usiłujemy, tak jak inne oddziały, mówić ludziom, jest cała ściana informacji. Ale ludzie tego nie czytają. Najważniejsze dla nich to pójść, stłoczyć się na tej sali, gdzie trzy noworodki są, trzy matki, do każdej trzy osoby. A my mówimy, aby była to jedna osoba naraz. Szczególnie w weekendy, w soboty i niedziele, jest ten problem. A wiele osób patrzy na to tak egoistycznie: muszę wejść i koniec. Całe szczęście, że do tej pory w tym sezonie, mimo tego gejzeru wirusów, nic się tutaj nie zdarzyło złego. Natomiast to dziecko, które tutaj uratowaliśmy, było dziesięciodniowym noworodkiem po porodzie z Wałbrzycha. Zaraziło się, już w domu, od starszego dziecka, które miało tylko katar, było tylko przeziębione. A to dziesięciodniowe nam tutaj prawie umarło. Tak to wygląda, że starsze dzieci i osoby dorosłe przechodzą to łagodnie, natomiast takie malutkie dzieci w fazie poporodowej, okołoporodowe, czy będąc wcześniakami przechodzą to dramatycznie włącznie z zagrożeniem życia.

* Jak się można bronić? Co rodzice mogą zrobić, żeby nie narażać dzieci na te infekcje?

- Nie dopuszczać w szpitalu do odwiedzin wszystkich poza ojcami. Myć, myć, myć – to jest to samo, co w okresie grypy. Obecnie w sezonie infekcji wirusowych, jeśli się ma w mieszkaniu noworodka, to należy przyjąć, jakby to była sytuacja frontowa, czyli jak gdyby panowała hiszpanka, ciężka grypa. Czyli: unikanie zbiorowisk, unikanie odwiedzin, jeżeli już, to mycie rąk i selekcja zainfekowanych w progu. A najlepiej po prostu prawie wyzerować kontakty. Natomiast jeżeli jest ktoś chory, a w domu jest małe dziecko, to on musi zmienić adres. Bo jeśli ma RSV, a w domu jest noworodek, no to będzie katastrofa. Wylęganie trwa tydzień. Sześć do ośmiu dni – po kontakcie, zanim to się wszystko rozhuśta. Natomiast jeżeli człowiek dorosły ma RSV, ma katar, to ten katar mu po tygodniu przejdzie, RSV mu też po tygodniu przejdzie. Ale on jest jeszcze zakaźny miesiąc i jeszcze przez miesiąc zaraża.'

* Dziękuję za rozmowę.

Twoja reakcja na artykuł?

0
0%
Cieszy
0
0%
Hahaha
0
0%
Nudzi
0
0%
Smuci
0
0%
Złości
0
0%
Przeraża

Czytaj również

Komentarze (2) Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

Zaloguj
0/1600

Czytaj również

Copyright © 2002-2020 Highlander's Group